Upadły Aniol - Rozdział 12

     Po skończeniu opowieść stary kowal nie odezwał się słowem. Skupiony obserwował tańczący ogień w swoim palenisku.
— Więc Rafael w końcu to zrobił... Było do przewidzenia. Mówiłem staremu... Mówiłem... A on zapatrzony w swoje dzieci, jak głupi. — Ukradkiem otarł łzę z oka. — Star... Bogu nic nie jest?
— Zanim zostałem wyrzucony, widziałem jak smacznie spał... — Jana pamiętałem od zawsze. Byłem ciekaw, ile tak naprawdę miał lat. Każdy zakładał, że Pan stworzył go jako jednego z pierwszych swych sług.
— Śpi... Coś ty stary wymyślił... — mruczał do siebie. — No dobra, lecz po co ja ci jestem potrzebny? Raczej nie szukałeś mnie tylko po to, by przekazać nowiny. W walce ci nie pomogę, nie potrafię skomplikowanych czarów-marów, choć młotem przygrzmocę. Jeśli zbierasz armii i potrzebujesz wyposażenia... To już lepiej, choć nie znalazłbyś odpowiednich pomocników...
— Może to zabrzmi źle w ustach archaniała, ale... — Dopiero teraz dotarło do mnie, w jakim egoistycznym celu, odszukałem wielkiego kowala. — Najpierw potrzebuje czegoś do siebie. Nikomu nie pomogę, jeśli zacznę się zmieniać w szaleńca z paskudnym śmiechem i kiepskimi żartami.
— Artefakt tłumiący ludzkie szepty. Zrobiłem ich masę i nawet w głębokim śnie nie byłoby trudno zrobić kolejny. Jednak... — Zawsze musiało być coś... To nie prosta układanka, gdzie wszystko pasuje i posiadasz całość, gotową do złożenia. — Chodzi o materiały, nie stworzę czegoś naprawdę potężnego używając zwykłego metalu, pomimo użycia potężnych run.
— Czego więc potrzebujesz? — Nie zwracałem uwagi na znudzoną Astaroth. Czułem, że zaraz mnie opuści, chwilowo szukając następnej rozrywki.
— Trzymaj... — Wręczył mi rdzawy, długi klucz.
— Po co... Auć! Cholera! To mnie ukłuło! — Szybko przerzuciłem odebrany przedmiot do drugiej ręki. Tym razem nic mi nie zrobiło, spojrzałem na zranioną rękę. Rana szybko się goiła, lecz nieprzyjemne uczucie zostało.
— Przeklucz powietrze przed tobą — rzucił oschle. Nie czekałem na powtórzenie, czułem się niezbyt pewnie, kierując przedmiot przed siebie. Zawsze podróżowałem za pomocą skrzydeł, nie używając żadnych magicznych hokus-pokus. Nim zdążyłem zobaczyć pojawiąjącą się przede mną przeźroczystą taflę, byłem już po drugiej stronie, wypchnięty chyba kopniakiem. Przynajmniej tak mi mówiły obolałe plecy.
     Przed mymi oczyma rozciągał się krajobraz żywcem wyciągnięty z westernu. Drewniane budynki po dwóch stronach ulicy, wozy ciągnięte przez konie, Wszędzie ludzie w kowbojskich kapeluszach i luźnych spodniach. Wszechobecny kurz dostawał się w każde miejsce.
— Masz minę, jakbyś właśnie narobił... — Widmo Jana przeraziło mnie do szpiku kości. — Idealna mina, młody... Ha ha, to chciałem zobaczyć. Nie mamy zbyt wiele czasu, więc ja mówię, ty słuchasz. Już się domyśliłeś, że gadamy za pomocą hologramu. Jeden z moich pierwszych wynalazków, system run i tak dalej. Został wyparty przez telepatię, jednak nie zmienię zdania, że był i jest najbezpieczniejszym środkiem komunikacji. Zbyt wiele, by tłumaczyć, więc musisz zaufać starcowi. Łatwe do aktywacji, wystarczy do tego jedna osoba. Przed tobą masz atrakcje w jakimś zakątku kraju "wolności". Cała ta gadka o metalu anielskim to zwyczajne bzdury, ale jakoś musiałem cię odciągnąć od demonicy i mojego aktualnego domu. Stworzenie artefaktu to dla odpowiedniej osoby nic trudnego. Ja z wiadomych powodów tego zrobić nie mogę. Jednak dziś szczęśliwy dzień! Po moim odejściu z nieba z nudów wziąłem ucznia, dość specyficznego ucznia, ale niezwykle pojętnego. Pomoże ci, jeśli mu pozwolisz. Dobra, muszę kończyć. Kieruj się w stronę jednej z jaskiń zza miastem. To tyle. — Jak szybko się pojawił, tak szybko znikł. Ani opisu, ani nawet imienia. W tym względzie Jan pozostał takim sam.
     Najpierw trzeba było pomyśleć o zaspokojeniu głodu i pragnienia. Stworzyłem za pomocą magii kilka "zielonych" i po znalezieniu restauracji, albo lepiej saloonu w spokoju mogłem poobserwować ludzi na zewnątrz, jedząc całkiem niezły stek. Masa dzieci biegająca z plastikowymi łukami, rewolwerami strzelało się między sobą. Kto by pomyślał, że wojna w takim wykonaniu może wyglądać tak niewinnie. Istoty ludzkie nawet w takiej formie potrafią być okrutne i zupełnie bezlitosne. Co Stwórca widzi w swych dzieciach... Tego nie wiem... Z drugiej strony każdy Jego twór był na swój sposób dziwny, nieidealny, pełny wad i lubiący się buntować. Jakieś zapędy masochistyczne, czy aż tak bardzo pragnie dla nich wolnej woli, mimo wielkiego ryzyka? Tysiące pytań, zero odpowiedzi. Nic z Bogiem nie było łatwe, proste i czytelne. Zostawiłem zapłatę z napiwkiem na ladzie
     Pogoda na zewnątrz uległa zmianie. Z nieba lał się strumień wody, jakby niebo płakało nad losem ziemi. Ile dałbym za kaptur...
— Jak mniemam, pan mnie szukał? — powiedział szczupły, niczym patyk jegomość, odziany w smoking, w dłoniach trzymał otwartą parasolkę.
— Pomyłka... — odparłem sucho. Nie podobał mi się ten człowiek. Biła od niego dziwna aura, pełna mroku i jakieś nieznanej, aczkolwiek budzącej strach siły. Miałem ogromną nadzieję, że nie był to kolejny piekielny cudak, a tam takich nie brakowało.
— Mylę się rzadko, drogi panie. Łączą nas pewni znajomi... Bardzo ładnie proszę, aby pan udał się za mną. — Zrobił ukłon z ręką na sercu. — Niestety nie jest to czas, ani miejsce na dłuższą. Nie chcemy niepokoić tutejszy, spragniony rozrywki lud? — Uchylił lekko parasolkę, widok, który ujrzałem wywołał zimny dreszcz. Spoglądały na mnie prawie puste oczodoły, delikatny, czerwony blask rozświetlał mrok w nich. Przy każdym słowie otwierała się długa, paszcza z zębami, niczym u prehistorycznego drapieżcy. Widywałem wiele w swym długim życiu archanioła, lecz ten nie przypominał żadnej znanej mi istoty. Ani nie szkielet, ani nie licz... Jeszcze ta groźba zawarta w jego słowach... Chyba jego... A któż to wie jaką to coś miało płeć.
     Jegomość, tak go nazwałem, patrząc na sposób wypowiedzi i ubiór, nie czekał na odpowiedź, ruszył w stronę nieprzeniknionej ściany deszczu. Miałem chwilę niezdecydowania, w końcu tylko idiota podążyłby, jak głupie ciele za wrogiem, jednak tu chodziło o niewinnych. Pobiegłem za stworem, nie patrząc na nic. Cholera, dlaczego Jan nie wrzucił mnie w jakieś tropiki...Zawsze tylko podejrzane miejsca.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mur (zakończone I)

Droga Wojownika-Rozdział 2

Małe ogłoszenie do ludzi pióra.

Mroczny Cień

Zmierzch Ostrza – Rozdział 25

Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 19

Major – Rozdział 2

Barwy Munduru – Rozdział 8

Mur Zdrajca Ludzkości – Rozdział 13